Afera wokół Mass Escape 3City

Chciałabym się odnieść do niechlubnego wydarzenia, które miało miejsce dwa tygodnie temu i robi bardzo złą reklamę escape roomom. Mowa tutaj o Mass Escape 3City. Impreza okazała się nie mieć prawie nic wspólnego z escape roomem, za to bardzo dużo z wyłudzaniem pieniędzy.

W wydarzeniu wzięło udział koło 180 osób (łatwo to oszacować: 36 drużyn po 4-6 osób, przyjęłam średnio 5 osób w drużynie). EDIT: Czytelniczka zwróciła mi uwagę, że większe drużyny były dzielone przez organizatorów w ostatniej chwili na mniejsze (z czego nie zdawaliśmy sobie sprawy), ponieważ z powodu zbyt małego zainteresowania nie udało się osiągnąć zamierzonej liczby drużyn. Było więc pewnie jakieś 100-160 osób.

Zacznę od przybliżenia Wam zagadek, które to słowo jest grubym nadużyciem na określenie pozbawionych sensu i logiki zadań, z jakimi musieli się męczyć uczestnicy.

Najpierw była układanka. Każda drużyna dostała kopertę z fragmentem wzoru. Z kopert należało złożyć napis. Spośród 180 uczestników do kopert miało dostęp może kilkanaście, maks dwadzieścia osób. Próbując sklecić napis, przeszkadzały sobie nawzajem i trwało to nieprawdopodobnie długo, jak na tak prostą z pozoru rzecz. W tym czasie można było też próbować otworzyć kłódki. Kłódek było cztery. Powiedzmy pobłażliwie, że każdą z nich otwierały cztery osoby. To nam daje 36 osób zajętych grą. Pozostałe 144 z przesadnym optymizmem macały jak krety po ciemku ściany, licząc na to, że i dla nich zostały jakieś ochłapy zagadek.

Każda drużyna dostała na starcie trzy karteczki z zapisanymi zdaniami w stylu “Bo kominy takie są.”. W pewnym momencie gry przez megafon poinformowano, że na kartkach są odpowiedzi na pytania, które mają Walkirie – osoby w białych maskach.

Przypomnijmy tutaj, że oryginalne Walkirie były wojowniczymi dziewicami z mitologii nordyckiej, dosiadającymi skrzydlatych koni, z tarczami i włóczniami. Sprowadzały dusze poległych w boju do Walhalli, krainy wiecznego szczęścia. Tutejszą wersję Walkirii z oryginalnymi łączyła wyłącznie nazwa.

Po lewej – Walkiria w wydaniu Mass Escape 3City. Po prawej, dla porównania, jak powinna wyglądać Walkiria.

Wracając do zagadki: trzeba było dopasować odpowiedź do pytania. Brzmi fajnie? W teorii tak. W praktyce wyglądało to, jakby ktoś w ogóle nie zrozumiał zamysłu zagadki. Walkirie nic nie mówiły. Żadna nie wiedziała, jakie pytanie zostało jej przypisane. Uczestnicy nie byli poinformowani, że tylko jedna z ich karteczek ma przypisaną sobie Walkirię, więc ponad ⅔ chodzenia w poszukiwaniu właściwej osoby to był czas całkowicie zmarnowany. Cała ta “zagadka” polegała na losowym błądzeniu w poszukiwaniu odpowiedniego człowieka w przemieszczającym się chaotycznie tłumie. Na tym etapie gry większość osób dała już sobie spokój z próbą odnalezienia w tym sensu i po prostu siedziała gapiąc się w sufit.

Jeśli myślicie, że powyższe było już dostatecznie odległe od standardowego wyobrażenia zagadki – a więc czynności wymagającej twórczego myślenia, wpadnięcia na coś – jesteście w błędzie. Następną łamigłówką było wpisanie kodu podanego przez megafon (facepalm!). Kolejną – znalezienie ukrytego kluczyka w pomieszczeniu zasłanym tysiącami pudełek od zapałek (tak, kluczyk był w jednym pudełku). Dalej trzeba było zaśpiewać piosenkę (gdy uczestnicy śpiewali, na lince opuszczał się kluczyk). Większość zagadek niczemu nie służyła, to znaczy zrobienie ich nie posuwało gry naprzód, nie dawało dostępu do następnej łamigłówki.

Na dalsze czekające graczy wyzwania dobrotliwie spuszczę zasłonę milczenia. Myślę, że już zarysowałam ogólny obraz tego, jak wyglądało to wydarzenie.

 

Pozwolę sobie teraz skomentować wycinki z szumnych zapewnień organizatorów, co czeka graczy na imprezie. Tekst pisany kursywą to obietnice pochodzące ze strony organizatorów przed wydarzeniem (pisownia oryginalna), zwykły tekst – opis, jak wyglądała rzeczywistość.

 

Czy przestrzeń postindustrialnych hal Stoczni Gdańskiej wypełni się dźwiękiem…? I czy w ogóle rozbrzmi muzyka? Zależy od Ciebie! I wszystkich graczy!

Gracze woleli uciec jak najszybciej. Do domu.

 

Tego wieczoru wejdziecie do klubu, z którego wyjście na długo utkwi Wam w pamięci.

Oj, utkwiło, i to jak!

 

Bowiem, zostaniecie w nim zamknięci – A co się stanie w środku?

Zadziwiająco niewiele. Większą część programu wypełniały przerwy lub bezczynne stanie w oczekiwaniu na to, aż ktoś inny rozwiąże zagadkę. Zadania do wykonania nie były dostosowane do ilości osób. Przede wszystkim – nie było niczego, co by mógł rozwiązywać każdy we własnym zakresie. Głównym punktem programu było zamknięcie niemal dwustu osób w pomieszczeniu, w którym zapalono race dymne. Szybko część osób zaczęła się czuć niedobrze. Wtedy zaciął się zamek do wyjścia z pomieszczenia i kilkadziesiąt graczy musiało ewakuować się bocznym wyjściem.

 

Czy uda Wam się włączyć prąd? A potem muzykę, światła, …?

Nie zgadniecie, jak wyglądało włączanie światła. Początek gry – całkowity mrok. W kącie na leżaku siedzi mężczyzna i mówi: „przekonajcie mnie, abym włączył światło”. I tłum krzyczy, żeby włączył (bo co pozostało). Potem było tylko gorzej.

 

Odnaleźć muzyków?

W pewnym momencie gry jeden człowiek przygrywał na instrumencie dętym. Na Facebooku była mowa o zaproszeniu na imprezę najlepszych DJ-ów, ale cóż – nie mieliśmy możliwości zweryfikować, czy się pojawili, bo zapowiadane after party w ogóle nie doszło do skutku.

 

MASS ESCAPE 3CITY zaprasza na I edycję pt. „Escape Party w Twoich Rękach!”

I oby ostatnią!

 

  • 850 m2 powierzchni składającej się z trzech postindustrialnych przestrzeni Stoczni Gdańskiej;

Tak duża przestrzeń, a wszyscy uczestnicy stłoczeni w jednym miejscu przez większą część gry. Organizacja przestrzenna była kolejnym słabym, zupełnie nieprzemyślanym aspektem tego wydarzenia.

 

  • autorskie zagadki pełne zaskoczeń, zwrotów akcji i chichotu;

Zagadek było bardzo mało, a jeszcze mniej zasługiwało na to miano. Wpisanie kodu, który ktoś podaje wprost to żadna zagadka. Zaśpiewanie piosenki to żadna zagadka. Zagadką było tylko, co my tam jeszcze robimy.

 

  • 4 godziny gry mass escape

To nieprawda. Od początku gry do jej końca minęły 3 godziny. W międzyczasie były dwie przerwy i mnóstwo przerywników.

 

z 3 mistrzami gry;

Mistrzowie gry chowali twarze za maskami. Na pytania od uczestników nie reagowali ani nawet nie zdejmowali masek. Cóż, organizator już nigdy nie powinien ściągać tej maski – podczas tego wydarzenia na zawsze stracił twarz.

 

  • interakcja między graczami i drużynami;

W regulaminie widniał zapis, że do gry zostaną dopuszczone wyłącznie drużyny 4-6 osobowe, mające podobny element ubioru. Jeśli nie, regulamin wskazywał na możliwość niedopuszczenia do gry bez zwrotu kosztów. (Należy w tym miejscu uczciwie powiedzieć, że organizatorzy zadbali o spełnienie przez drużyny tego wymagania. Na miejscu były dostępne barwne farbki, takie jak na festiwalu kolorów). Ostatecznie zapis o wyróżniającym elemencie okazał się zupełnie bez sensu – podczas zabawy nie zaistniała żadna potrzeba rozróżnienia grup. Szkoda, bo podział na drużyny to jedyne, co w tym wydarzeniu uważam za naprawdę świetny pomysł i jest mi żal, że nie został w najmniejszym stopniu wykorzystany.

 

  • efekty audiowizualne

egipskie ciemności przez pierwszy kwadrans, nagłośnienie uniemożliwiające zrozumienie czegokolwiek (włącznie z podawanym wprost rozwiązaniem), reflektor bijący po oczach i race dymne w zamkniętym pomieszczeniu

 

i przestrzenne;

ścisk na schodach

 

  • współpraca i rywalizacja ale przede wszystkim dobra zabawa;

Współpraca polegała na robieniu jednej zagadki w 180 osób. Rywalizacja – na tym, komu się uda przepchnąć do kłódki, żeby mógł wklepać kod.

 

  • latające drony…

Jeden dron. JEDEN. Nie miał absolutnie nic wspólnego z rozgrywką. Po prostu sobie latał.

 

…i nie tylko;

Latały też bluzgi na organizatorów.

 

  • zaskakujące wizyty niespodziewanych gości;

Mass Escape 3City odwiedziło kilka znanych drużyn z różnych stron Polski: pracownicy escape roomu z Bydgoszczy, Drużyna G, Escape Komando, Zagadkowcy (czyli my ^^). Zaskakujące było nie to, że przyjechaliśmy, ale to jak bardzo zmarnowany został potencjał do stworzenia społeczności miłośników escape roomów. Takie wydarzenie mogło być wspaniałym początkiem nowych znajomości. Zamiast tego był wstyd, że bierzemy udział w takiej farsie.

 

  • bary i food trucki (posiłek wpleciony w cenę biletu i w fabułę gry);

Cena biletu (w naszym wypadku 69 zł) obejmowała fabułę gry (której nie było) i posiłek (który był!). Rachunek jest prosty. Tortilla za siedem dych była najdroższą tortillą w naszym życiu.

 

  • 2 sceny muzyczne (wewnętrzna i zewnętrza);

Chyba nie wiedzieli, co by jeszcze dopisać do zapowiedzi wydarzenia. Scena zewnętrzna co prawda była, ale nie działo się na niej kompletnie nic (pełniła funkcję ławki dla oczekujących na rozpoczęcie zabawy).

 

  • wiele innych elementów, które wymyślimy wkrótce.

Niestety dotrzymali słowa. Wymyślili “grę”: gracze mieli klaskać w rączki jak w przedszkolu i mówić nazwy instrumentów. To było wspaniałe wyzwanie intelektualne 😉

 

Przedsprzedaż I pula – 69 zł

Tyle kosztowała tortilla.

 

Przedsprzedaż II pula – 79 zł

Do tej puli chyba nawet nie doszło – organizatorzy przewidywali znacznie większą liczbę osób.

 

Sprzedaż w dniu imprezy – 99 zł

Nie jestem tego na 100% pewna, ale w dniu imprezy chyba w ogóle nie dało się kupić biletów. Już sobie wyobrażam, co by było, gdyby ktoś – tak jak my – przyjechał z innego miasta i odbił się od drzwi.

 

Proszę o zapoznanie się z regulaminem wydarzenia. Każda osoba, która zakupiła bilet, akceptuję warunki naszego regulaminu.

Regulamin pokazywał się w momencie zakupu biletów. Był absurdalny – zabraniał np. szybkiego chodzenia i wymuszał na graczach posiadanie wspólnego elementu stroju, co nie miało najmniejszego uzasadnienia. To tak, jakby ktoś powiedział: i weźcie ze sobą pluszowego różowego słonika. Wszyscy przyszliby z pluszowym różowym słonikiem, którego w ostatniej chwili kupili w markecie, przez trzy godziny z nim łazili jak głupi, a na końcu okazałoby się, że nie był do niczego potrzebny.

 

Jako drużyny będziecie rywalizować, ale też współpracować i przede wszystkim dobrze się bawić.

Najlepiej bawiła się drużyna, która przez przypadek dostała się do prawdziwego escape roomu, który znajduje się na terenie budynku i zaczęła rozwiązywać tamtejsze zagadki xD Obszar gry był tak słabo oznakowany, że się nie spostrzegli.

 

Teraz postanowiliśmy pójść jeszcze dalej i stworzyliśmy dla Was ten mass ecape. Pierwszy w Gdańsku (zapewne nie ostatni)

Organizatorzy postarali się, żeby był ostatni. Nie wiem, czy po takim fiasku ktoś jeszcze podejmie ryzyko odratowania honoru masowych escape roomów w najbliższym czasie.

 

i mamy nadzieję, że będzie pierwszym w nieistniejącym rankingu polskich mass escape!

Pierwszym od końca, zgadza się. Oficjalny ranking masowych escape roomów co prawda jeszcze nie istnieje, ale podzielę się swoim prywatnym. Najlepsze było szczecińskie Mass Escape, od którego “pożyczono” nazwę. Mimo dobrej woli organizatora oryginalnego Mass Escape, zignorowano jego chęć pomocy i podzielenia się nabytym doświadczeniem w organizacji masowych gier typu escape. Kradzież nazwy i brak chęci współpracy – przy jednoczesnym braku kwalifikacji – zakrawają na szczyt impertynencji.

Z masowych escape roomów wspomnę jeszcze o kilku. Było Zombie Escape w Zabrzu. Była Upiorna Symfonia w Warszawie (kilka edycji). Obiło mi się o uszy, że odbył się też w Polsce masowy escape związany z promocją jakiejś książki. I zaprawdę powiadam Wam – każdy z powyższych, choć i na nie sypały się gromy – był nieporównanie lepszy od tego w Gdańsku.

 

Czy latające nad stocznią drony i agenci obcego wywiadu ściągną zainteresowanie antyterrorystów? Czy ‚szama’ z food trucków (już wpleciona w cenę biletu i fabułę gry) dostarczy rozkoszy Twoim kubkom smakowym? Czy moc zaklęta w tym historycznym miejscu jakim jest Stocznia Gdańska, doprowadzi Twoją ucieczkę do afterECAPAEparty? Żeby poznać odpowiedzi na te pytania musisz być z nami w tę ostatnią niedzielę lipca. 37 lat temu w tym miejscu narodziła się moc, która siłą Solidarności obaliła komunizm. Waszym drużynom też będzie potrzebna solidarność w grze, żeby pokonać Fanatyka, który nie lubi tego co Ty uwielbiasz – Fanatyka, który wolność i radość niszczy ‚pożarem i siłą’.

Fabuła próbowała połączyć drony, agentów, Walkirie z nordyckiej mitologii, jakiegoś Fanatyka, imprezę muzyczną i na dodatek jedzenie tortilli. Czy to się w ogóle mogło udać? 😉 Dodajmy, że szama z food trucków wcale nie była “wpleciona w fabułę gry”, ponieważ była dostępna wyłącznie podczas przerw. Ba! Nie wszyscy mieli szczęście się na nią załapać. Co jest tym dziwniejsze, że początkowo prognozowano obecność kilkukrotnie większej ilości osób (kilkuset albo i tysiąca!). W uzyskaniu jedzenia nie pomagali sami pracownicy, którzy szerzyli zamęt, bo odsyłali głodnych graczy do wewnętrznego baru, w którym nie było jedzenia. Integralną część fabuły stanowiły za to toalety: gracze nie mogli z nich na początku skorzystać, bo byli od nich oddzieleni metalową kratą.

 

Poza tym spodziewajcie się wielu innych elementów, których teraz nie możemy ujawnić…

Już wiemy, czemu nie mogli ujawnić. Jakby ujawnili, to nikt by nie przyjechał.

 

Podsumowując, nie chodzi tylko o to, że był bałagan z organizacją czy że coś “nie wyszło”. Problem z tą imprezą był bardziej ideowy: 180 osób razem rozwiązujących te same zagadki – to się po prostu nie mogło udać. Organizatorzy dali pokaz amatorszczyzny. Moja opinia nie jest odosobniona, w tym wypadku uczestnicy mówią jednym głosem.

opinie
Oceny wydarzenia zamieszczone na oficjalnym fanpage’u Mass Escape 3City na Facebooku.

Wielu domaga się zwrotu pieniędzy, a organizatorzy od dnia wydarzenia milczą, chociaż wcześniej na facebookowych fanpage’ach wykazywali się aktywnością. Całe szczęście, że wydarzenie nie skończyło się dużo gorzej, na przykład wybuchem masowej paniki lub jakimś nieszczęśliwym wypadkiem. Całe szczęście, że nie przyjechało więcej osób, bo warunki i tak ledwie pozwalały swobodnie oddychać tym, którzy przyszli.

Polecam zapoznać się również z recenzją zamieszczoną na portalu dotyczącym rozrywek w Trójmieście.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Afera wokół Mass Escape 3City

  1. Fascynuje mnie, jakim cudem ta jedna grupa zagrała sobie w normalny escape room w ty samym budynku bez płacenia?:D w sensie jak to im pozwolili ze sie nie Skapnęli?
    No a opis wydarzenia… to musiało byc straszne; ale wiesz, co mi się podobało? Twoje komentarze do poszczególnych fragmentów tekstu, ktore były naprawdę trafne i zabawne 😉

    Polubienie

    1. Dzięki! 😀

      Cóż, organizatorzy się w ogóle nie zorientowali do momentu, aż ta grupa nagle wróciła do pozostałych, mówiąc o istnieniu jakichś dodatkowych sejfów. Zdaje się, że tam wcześniej były jakieś taśmy zabezpieczające przejście, które jacyś uczestnicy od razu zdarli.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s